Wydaje mi się, że… są już wakacje! Wakacyjne książki dla maluchów, cz. 1.



Książki przenoszą nas w niezwykłe krainy, ale też uczą o świecie wokół nas. Pomagają rodzicom oswoić dzieci z tym, co dla nich nieznane (a przez to budzi strach). Przedstawione publikacje są związane z tematem wypoczynku i podróży. Obie książki są wydaniami z ruchomymi elementami, przez co spełniają nie tylko funkcję poznawczą, ale i usprawniają motorykę małą oraz koordynacje wzrokowo-ruchową (tutaj znajdziesz informacje na temat wspierania rozwoju ruchowego za pomocą książek).


Pierwsza propozycja to książeczka Dzień dobry, samolociku! wydawnictwa Egmont (recenzowałam już jedną z publikacji z tej serii – Dzień dobry, samochodziku!). Jest to krótka, dziesięciostronicowa książka z sześcioma ruchomi elementami o podobnym poziomie trudności (mój roczny Molik po kilku próbach potrafi już samodzielnie je przesuwać). Na każdej stronie znajdują się 2 lub 3 zdania pojedyncze, dzięki czemu nawet dzieci, które nie potrafią „usiedzieć w miejscu”, są nią zainteresowane. Na dwóch stronach narrator zwraca się wprost do czytelnika (Spójrz, wszyscy pasażerowie już wsiedli; Pomóż mu polecieć wysoko!), co pomaga skoncentrować uwagę młodego odbiorcy i zachęca go do zabawy ruchomymi elementami. Książeczka napisana jest poprawnym i ładnym językiem, dodatkowo poszerza słownictwo malucha o wyrazy związane z podróżowaniem (np. pasażerowie, walizki). Ilustracje w przystępny sposób pokazują jak wygląda samolot, pas startowy czy lotnisko. Osoby przedstawione na ilustracjach mają różny kolor skóry i są w różnym wieku – zawsze zwracam na to uwagę, bo uważam, że od najmłodszych lat warto uczyć dzieci tolerancji i szacunku do wszystkich ludzi.


Książeczka może też przy okazji posłużyć rodzicom jako pomoc w nauce liczenia: na jednej ze stron narrator zaczyna liczyć walizki (jedna, dwie, trzy walizki…), co może być zachętą do matematycznych zabaw (można np. policzyć wszystkie walizki na ilustracji, dodać walizki ułożone na poszczególnych wózkach, a na innych stronach policzyć np. pasażerów w samolocie).

Jak zwykle kontrowersyjne jest dla mnie zdrobnienie, które widoczne jest w tytule, na pierwszej i ostatniej stronie (samolocik), ale tym razem autorzy używają też formy podstawowej, więc zostaje im to wybaczone. Publikacja Dzień dobry, samolociku! będzie świetnym zakupem, zwłaszcza jeśli wybieracie się z dzieckiem w podróż samolotem.

Do kupienia tutaj.


Druga wakacyjna książka to Wydaje mi się, że widziałem… pingwina! Lydii Nichols wydawnictwa Mamania (w serii znajdują się również Wydaje mi się, że widziałem… lwa! oraz Wydaje mi się, że widziałem… niedźwiedzia). Ilustracjami można poruszać przez przesuwanie kolorowego kółka z dziurką. Zauważyłam, że mój roczny Molik swobodnie przesuwa obrazki, wykonując ruch horyzontalnie, ale ma jeszcze problemy z tymi, w których należy przesuwać palcem wertykalnie (ruchome elementy mają więc różny stopień trudności – książeczka będzie być może dłużej cieszyć się zainteresowaniem dziecka). Koncepcja tekstu opiera się na powtarzanym przez całą historię zdaniu Wydaje mi się, że widziałem pingwina… oraz pytaniach, które zachęcają dziecko do szukania pingwina i mówienia (np. Może jest za parasolem? Może schował się za zamkiem z piasku?). Na ostatniej stronie, dowiadujemy się, że faktycznie na plaży jest pingwin, który akurat wesoło surfuje pośród fal.



To bardzo wakacyjna książka! Ilustracje są wesołe i jasne. Pojawiają się na nich sytuacje i przedmioty typowe dla plażowania. W tekście zostają wymienione rzeczy niezbędne na wakacjach nad morzem (m.in. parasol, piłka plażowa), ale można poszerzać słownictwo dziecka także wskazując poszczególne przedmioty na ilustracjach i je nazywać. W tej publikacji także znalazły się osoby o różnym kolorze skóry (chwała twórcom).



Książeczka jest urocza – czytając z Molikiem Wydaje mi się, że widziałem… pingwina, nie mogę doczekać się naszych wakacji!

Do kupienia tutaj.


Komentarze